Zamknąwszy oczy, znowu je otwierał
Myśląc, że księżyc nowy z fal wychodzi
W kształcie kochanki; ktokolwiek nie sterał
Imaginacji i ta jemu płodzi
Kształty; ktokolwiek je w księżyc ubierał:
Niech popracuje albo puści żagle
Myślom – a ujrzy tu znienacka, nagle...
Ujrzy, co pan Kazimierz. W owym drzewie
Od lat szesnastu zaledwie dziewczątko
W błękitne próchien rzucona zarzewie
W grocie z promieni... Nazwałbym ją prządką
Arachną. – Muza moja sama nie wie,
Jaką od innych odznaczyć pieczątką
Ów utwór nowy. – W błyskotnej sukience
Stała, na piersiach swych trzymając ręce.
Na skrzyżowanych rękach białe ptaszki
Sięgały jej ust dziobki różanymi;
W oczach błękitnych przestrach wziął na ważki
I dwie perłowych łez zrobił równymi;
Spadały obie. Szkła czeskie i blaszki
Wydawały się gwiazdami złotymi
I z włosów dziwne rzucały promienie;
Bielutką miała twarz – z tęczy odzienie.
Gdy wszedł do dębu rycerz, cała trwożna
Spłonęła, twarz jej spłonęła i szyja:
Wstyd pokazała w sobie nieostrożna
I ten rumieniec, co w skażonych mija. –
Widzę, że dalej już pisać nie można,
Bo opisowość poetę zabija;
I Pegaz się mój homeryczny zdębi.
Stwórzcie więc myślą panią dwóch gołębi;
I niechaj się wam roją rzeczy cudne
O czarodziejskim rusałek kościele;

  WQZPYXM WQYVJZM WQKXZKM WJZKPPM WJVYZYM