Widzę, że nie jest jak słońce z bursztynu;
A jednak miało kiedyś światła chwile,
Dawnej miłości winne, temu winu,
Które upaja na śmierć, potem wskrzesza. –
O! chcę miłości uczyć! Gdzie jest rzesza? –
Odbiegła. – Skarży się na moją ciemność.
„Poeto, fiat lux!” – zacięcie krzyczą.
I we mnie dziwną znaleźli wzajemność;
Życzę, aby to było, czego życzą;
„Tygodnik” jakąś wynalazł odjemność
We mnie; lecz niech się dobrze wtajemniczą,
A ujrzą, żem jest coś –jak grecki antyk,
Lecz panteista trochę i romantyk.
A teraz prosto i bez epizodów
Śpiewam, jak prawy wieszcz, nie jak amator;
Bo mój bohater ma jechać do lodów
Sybirskich i do Chin, i pod Ekwator,
Do innych nagich i dzikich narodów,
Aż mu na grobie wyrżną: „Sta, viator”
Wtenczas ratunku już ze śmiercią nie ma;
Zatrzyma się czytelnik i poema.
Lecz nim nastąpi to – cudne mam rzeczy
W tece! cudowna awantur girlanda!
Rycerz mój rąbie, zabija, kaleczy
Na kształt Hektora, Ajaksa, Orlanda;
Przybywa zamkom w porę do odsieczy;
Pisze kronikę wierszem jak Wiganda,
O awanturach własnych – geografią,
Po której ludzie do Kamczatki trafią.
Na starość także napisał: „Pomysły
Do dziejów”, które się dziać kiedyś mogą.
Z czego korzystał dzisiaj jeden ścisły

  WJJGKJM WJVZPZM WJXBZKM WQVGBYM WQYQVJM