Krakowczyk, książkę wydawszy niedrogą.
Książka ma polską duszę, a na zmysły
Działa jak Niemiec; mnie zaś szarpie srogo,
Bije po ręku jak rektorska linia –
Jeśliś ciekawy, patrz rozdział: „Opinia”.
O! autorowie z nudy! o Feniksy!
Powstali z trupów, z prochów własnych, z łóżek!
O! polityczne moje nowe Iksy!...
Upadam wszystkim pokornie do nóżek;
Lecz życzę, aby nas dzieliły Styksy;
A teraz z waszych korzystam przestróżek
I już nie ody piszę ani hymny,
Ale poemat ten – nadzwyczaj zimny.
Bohater w dębie zamknięty z młodziutką
Panną, a jednak stoi o pięć kroków,
Jeśli co mówi, mówi bardzo krótko. –
Nie spuszczam żadnych na scenę obłoków...
Bo ani z wód kokietką, z nezabudką,
Rozmawia czyściej lilia, pani stoków,
Gdy je wiatr zdrajca ku sobie pokłoni,
Jako tych dwoje – których ja mam w dłoni
I mógłbym... Mógłbym, lecz nie chcę... A może
Nie mogę, nie mam dosyć serca, żaru.
Próchno świecące księżycowo w korze
Zda mi się pełne widm, pokus i gwaru...
Pełne... Zatrzymaj mię, potężny Boże!
Bo gotów jestem dla lepszego czaru
Rzucić na serce mego czytelnika
Trochę awantur własnych spod równika.
Lecz nie... Sybirski będę... lodowaty,
Dlatego wchodzę w styl nowych poetów.
Słyszycie, jak się krzą odludne kwiaty?

  WQBJJQM WQZKJJM WQJZXPM WQPKKQM WJQVBBM