Słyszycie głuchy łomot oczeretów?
Ktoś jedzie – spiesznie mu pewno za katy!
Odtętnia głucho echo jarych grzbietów...
Wiele być musi jadących rycerzy,
Kiedy przed nimi takie echo bieży.
Na pozłoconym kurzawy tumanie,
Która do dębu ze słońcem się wkradła,
Naprzód ksiądz jakiś wleciał niespodzianie,
Za księdzem jakaś złota mara wpadła.
Ksiądz był w habicie, a mara w żupanie,
W szerokich bardzo szarawarach z radła,
Na których złota leżała kurzawa –
Słowem: ksiądz Marek to był i pan Sawa.
Ku nim więc moja nimfa srebrnej cery
Pobiegła skocznie i całując w ręce,
Oddała księdzu Markowi papiery,
Schowane bardzo tajemnie w sukience;
Potem zaczęła śpiew o sobie szczery –
Słów jej nie kładnę wszystkich, bo przekręcę
Albobym musiał kłaść po kropkach kropki,
Bowiem ta nimfa mówiła jak chłopki.
Z płaczem mówiła: jak w dębową szafę
Wlazła przed wrogów okrutnych pogonią,
Jakie tam miało być z niej auto-da-fe,
Jak nie pamiętał nikt i nie dbał o nią. –
(O! hor[r]or! trzeci rym jest na żyrafę!
Muzy żałosne łzy nade mną ronią,
Bo muzy wiedzą, jakie do łez prawo
Ma wieszcz piszący poemat oktawą)
Mówiła, jak dwa gołębie siostrzane
Przyprowadziły ze stepów obrońcę...
Mówiąc płakała – na usta różane
Kapiąc padało kropelkami słońce...