Która tu krwawi ducha jak obroża,
A zaś mu w duszę ognistą przeleję
Rozpacz, co wszystko łamie, i nadzieję.
Biada, kto daje ojczyźnie pół duszy,
A drugie tu pół dla szczęścia zachowa;
Oboje w nim Bóg swym piorunem skruszy
I padnie kiedyś w popiół taka głowa!
Żadną łzą taki Boga nie poruszy,
W modlitwie nigdy już nie znajdzie słowa,
Które by kiedyś jego Bóg rozumiał,
I będzie jak ten dąb umarły szumiał.
Będzie miał w sercu władzę odpychania
Ludzi – a węże się doń zbiegać będą.
Utyje kiedyś na chlebie wygnania
I nieszczęśliwe dzieci go obsiędą
Krzycząc: «Ojczyznę nam daj lub do spania
Grobowiec sławny» – ale nie posiędą
Grobu ni sławy. –1 to jest przekleństwo,
Które ja rzucam na nich! – ich rodzeństwo!
I niechaj będzie jakoby stoletnie...
Lecz nie... O Boże! nie słuchaj, Jehowa”.
Tu zamilkł; oczy mu błyszczały świetnie
I pięknym srebrem uwieńczona głowa
Pośród głów młodych błyszczała szlachetnie
Jak księżyc, kiedy się nad rankiem chowa
Za morze albo za egejskie skały,
Nadzwyczaj wtenczas smutny, wielki, biały...
I mój rym także, po tej parafrazie
Kazania, także za skały zachodzi.
Porozciągawszy tęcze na obrazie,
Pokołysawszy na kształt dobrej łodzi,
Idzie spać. – Wyraz został przy wyrazie,
Nie wiem, czego chce i czego dowodzi.
Jako fajerwerk z gwiazd kilku tysięcy,
Chciałem, aby się spalił – i nic więcej.