Czy w grobach klaszczą w ręce zadziwione?
Czy urągają? – nie wiem – i nie raczę
Gonić myślami te smętne, stracone
Mary. Lecz nieraz, kiedy mi zakracze
Orzeł lecący na słońce czerwone,
Zda mi się, że to jakaś dusza bratnia
Znów odlatuje ode mnie – ostatnia!
Lubiłem takie dusze dzikie, smętne,
Rozokolone na niebie szeroko,
Błyskawicowe trochę, trochę mętne,
Nawet gdy w ciało się straszne obloką
I w pioruny się rzucają namiętne
Lub nad Safony chwieją się opoką;
Lubiłem takie dusze – nie bezkarny! –
Wybrednie marząc w różach – kolor czarny.
Dziś uleczony na pół – lubię róże
Takie, jakimi je Bóg stworzył, ładne
I wiotkie. – Teraz wam powieścią służę
I w żadne więcej ustępy nie wpadnę,
Żadną gawędą pieśni nie przedłużę,
Ale też z faktów wam nic nie ukradnę,
Bo wszystko godne jest pamięci wiecznej
I wszystko może ujść – w kompanii grzecznej.
Stoi więc w dębie moja mołodyca
Ze świecą – jasne dwa gołębie burczą;
Ksiądz pieczętuje sygnetem szlachcica
Listy... Posłuszne się papiery kurczą
W kopertę; z lakiem ożeniona świeca –
Mówiąc Delill[e]a stylem – styl tak sturczą
Poeci, że dziś gwałtem trzeba z Francji
Rozumu, jeszcze więcej elegancji –
Ożeniona więc świeca z laską laku
Wydała tę łzę, która z tajemnicy

  WQGQXBM WQQXXPM WQXXJJM WJJKBQM WQBVKBM