Nie da się nigdy odedrzeć bez znaku –
Zwłaszcza jeżeli Moskal na granicy
Nie czyha na twój sekret, o Polaku,
Z pomocą drugiej ożenionej świecy,
I chmur z tajemnic twoich nie uchyla
Zdradziecką ręką nocy (styl Delill[e]a).
Już więc ksiądz Marek (tu mnie nie dościgną
Iksy warszawskie) kochanków zaślubił
I nim oboje w małżeństwie ostygną,
Przypieczętować chciał – już lak naczubił,
Już... już... Wtem szable mu po oczach migną!
Ksiądz wstał – szczęk wielki był – pieczątkę zgubił;
Ujrzał na ścianach boju stereotyp,
Bowiem dąb w środku był jak dagerotyp.
Co się więc działo zewnątrz, to się w łonie
Suchego dębu odbiło tęczowie.
Był bój, naprzeciw siebie szły dwa konie,
A na koniach szli dwaj bohaterowie,
Nad głową niosąc podniesione bronie,
Szablice; każda jako sierp na głowie.
Zaraz ksiądz poznał, że ci wojownicy
Byli to z panem Sawą pan Maurycy.
Poznawszy, w duchu rzekł: „Nie pójdę godzić,
Niechajże sobie trochę krwi utoczą,
To może nadto gorących ochłodzić,
Potem z rozwagą większą w ogień skoczą...
Tak mówiąc patrzał, jak chcąc sobie szkodzić,
Na ścianach tęczę tworzyli uroczą.
Światłość ich obu owionęła krwawa;
W ogniu na białym koniu migał Sawa.
Spotkali się raz, złożyli nad głową
I znów ich konie rozniosły szalone;

  WQPVXYM WJXJBBM WJVPZBM WQYGPVM WQVQKXM