Myślałam, że już ginę z światłem, z echem
I że westchnienie – śmierci jest uśmiechem.
Kiedy to piszę, słońce wschodzi z wieńcem
Chmur i tak wstydzi mnie, że nie wiem czemu,
Cała się zlałam łzami i rumieńcem –
Ty wiesz, ja zawsze kwiatowi białemu
Podobna, póki mi był oblubieńcem
Chrystus. – Uśmiechnij się słońcu złotemu,
Bo mi się przed nim łza gorąca toczy
I tak rumieni mnie jak twoje oczy.
Niespokojności pełne serce moje!
Smutno mi rzucać te miejsca, te stawy!
Jeżeli kiedy przywiodą cię boje
Aż do mojego zamku, do Ladawy,
Każ sobie panny otworzyć pokoje;
Na oknie stoi filiżanka z lawy;
Rzucam dla ciebie w nią maleńki kwiatek –
Nosiłam go dziś całą noc – bławatek.
Nie trać nadziei nigdy! nigdy! Kto ma
Wolą, ten wszystko pokona. Addio!
Z wyciągniętymi za tobą rękoma –
Jeszcze raz wołam ciebie, caro mio!
Przy tobie zawsze będę – niewidoma.
I wprzód mi serce niż ciebie zabiją.
Nie, ty nie możesz zginąć tak jak oni,
Których nie kocha nikt – i nikt nie broni.
Pytałam dzisiaj starej wróżki Diwy,
Czy mi Bóg ciebie zachowa i wróci.
Odpowiedziała, że będziesz szczęśliwy,
Że się o ciebie wiele duchów kłóci
Czarnych i złotych z tęczowymi grzywy –
A czyny twoje ktoś na harfie nuci...
Że zawrzesz z królem indyjskim przymierze.