Na jednym żupan był, skóra i kości;
Drugi otyły i z rubinowemi
Policzki, pełen w sobie wielmożności,
Przepijał głośno do drugiego zdrowiem
Z butla, co miał brzuch obszyty sitowiem.
Ów pan wspaniałej tuszy – trochę baba
Na twarzy – dziwnej miał zbroję struktury.
Od kołnierza mu szła żelazna sztaba,
Malowanymi natykana pióry.
Rzekłbyś, że rodzi go królowa Saba,
Ze z dawnych czasów spadł jak żaba z chmury.
Chociaż się zbroja nam wydaje dzika –
Beniowski poznał zaraz pancernika.
Gdzieniegdzie jeszcze snuli się po kraju
Starzy minionych czasów kochankowie,
Którzy nie pili kawy ani czaju,
Żelaza kawał nosili na głowie
Jak starej kawał arki na Synaju;
A Bóg im dawał rumianość i zdrowie,
Zwłaszcza że słomę wkładali do butów.
Litwin pancernik, jeden z tych mamutów,
Siedział, jak mówię, i z oplecionego
Butla pił. Litwin to był starej daty;
Z chudym się na czas połączył kolegą.
A jego sługa, czerwonokudłaty
Perkunas, który pana znał małego
I z miłości mu, a nie dla zapłaty
Służył, choć nosił imię dawnych bogów,
Kucharzem teraz był – i u trójnogów
Wieszał... ach! nie już dla Znicza kadzidło,
Lecz kawał sarny; – już nie dawne runy
Śpiewał, lecz diabła żmujdzkiego straszydło
Krzyżem odpędzał, gdy biły pioruny.