Sawa na siodle oparł się; dziewczyna
Siadła przy źródle i czesała włosy.
A do niej Sawa: „Oj, moja Swentyna,
Latasz po stepie jak cygańczuk bosy,
A czerwieniejesz teraz jak kalina.
Oj! będzie łycho! Toż to moje losy!
Chciał ja się mieczem wyrąbać na panka,
A siostra wyjdzie na łycho... Cyganka!”
„Na licho wyjdę czy na spokojnicę,
A tobie to co? ty wyjdź na hetmana!
Znajdź sobie jaką piękną krasawicę,
Córkę starosty albo kasztelana,
Taj się żeń... Ja ci ubiorę w brusznice
Korowaj... Sama pójdę w step Bojana,
Gdzie mi śpiewają kwiaty i żurawie:
A spać nie będę na wproszonej ławie.
Mnie świat szeroki! – Jak złotego gila
Przedała kiedyś Włochom guślarycha.
Ty na kurhanie dumał Czaromyla,
Gdzie tobie dumy piała Janczarycha;
A mię Włoch bił, bił! Oj! łza mi rozchyla
Palce, gdy myślę, jak ja była licha!
Jaka ja biedna była niewolnica!
A dziś co ze mnie? – wiatr i gołębica!
Nie łaj mnie, ale na stepy wyprowadź,
Pocałuj, zapłacz, świśnij – taj polecę!
Gołębie moje umieją tańcować,
Na chleb zarobią, na cerkiewne świece...
Będzie mnie za co ubrać i pochować.
Albo ja martwa pójdę wpław po rzece,
A gdzieś rusałki srebrne wezmą sobie
I pochowają w śpiewającym grobie.
Taj będzie koniec z żałosną Swentyną!
Oj! nalatała się ja po kurhanach!