Wypadek [1] jego będzie ku tym większej
1 tj.wynik
Czci twojej.
BANKO
Żebym jej tylko nie stracił,
Chcąc ją powiększyć,a zachować zdołał
Czyste sumienie i wiarę niezłomną,
Służyć ci będę.
MAKBET
Dobranoc,tymczasem.
BANKO
Dziękuję;życzę ci nawzajem dobrej
Wychodzi B a n k o i F l e a n c e.
MAKBET
Idź powiedz pani,żeby zadzwoniła,
Skoro ów napój dla mnie będzie gotów.
Możesz się potem położyć.
Wychodzi sługa.
Jestli to sztylet,co przed sobą widzę,
Z zwróconą ku mej dłoni rękojeścią?
Pójdź,niech cię ujmę!Nie mam cię,a jednak
Ciągle cię widzę.Fatalne widziadło!
Nie jestżeś ty dla zmysłu dotykania,
Tylko dla zmysłu widzenia dostępny?
Jestżeś sztyletem tylko wyobraźni?
Rozpalonego tylko mózgu tworem?
Widzę cię jednak tak samo wyraźnie
Jako ten,który właśnie wydobywam.
Ty mi wskazujesz jak przewodnik drogę,
Którą iść miałem;takiego też miałem
Użyć narzędzia.Albo mój wzrok błaznem
Jest w porównaniu z resztą moich zmysłów,
Albo jest więcej wart niż wszystkie razem.
Ciągle cię widzę,a na twojej klindze
I rękojeści znamiona krwi,których
Pierwej nie było.Nie ma ich w istocie:
Moja to krwawa myśl jawi je oczom.
Na całym teraz półobszarze świata
Natura zdaje się martwa i straszne
Marzenia szarpią snu cichą zasłonę.
Teraz to władza czarodziejska święci
Ofiary bladej Hekacie i dziki
Mord,podniesiony z legowiska wyciem
Czujnego swego czatownika,wilka,
Którego odgłos jest dlań ekscytarzem,
Chyłkiem,jak złodziej lub duch,mknie do celu,
O ty spokojna,niewzruszona w swoich
Posadach ziemio,nie słysz moich kroków,
Aby kamienie nie wypowiedziały,
Gdzie idę,i nie zdradziły alarmem
Tej zgrozy,co ma nastąpić.
Ja się odgrażam,a on jeszcze żyje;
Żar czynu ziębią słów jałowe chryje.
Słyszeć się daje odgłos dzwonka.
Dalej!czas nagli;już dzwonka wezwanie
Daje mi sygnał.Nie słysz go,Dunkanie,
Bo tego dzwonka melodia straszliwa
Do nieba ciebie lub do piekła wzywa.
Wychodzi.