DORYNA
Wściekam się okropnie,
że mi nie wolno mówić.
(milknie, ilekroć on odwraca głowę)
ORGON
Jużci, to nie goguś,
ale jest z takiej gliny...
DORYNA
...że przestraszy kogoś.
ORGON
...że choćbyś prześlepiała, kochana Marychno,
wszystkie inne zalety...
DORYNA
Ładnie ją wystrychną!
(Orgon staje przed nią i patrzy na nią, skrzyżowawszy ramiona)
Gdybym była Marianną, to mnie − do stu galer!
siłą żaden by nie wziął bezkarnie kawaler;
dostałby wnet po ślubie lekcję poglądową,
że − że kobietka zawsze ma zemstę gotową.
ORGON
Są więc grochem o ścianę wszystkie me rozkazy?
DORYNA
Ja do pana nie mówię, skądże tę urazy?
ORGON
Nie mówisz? A cóż robisz?
DORYNA
Gadam sama z sobą.
ORGON
Ślicznie. By się rozprawić z tą krnąbrną osobą,
chyba tęgi policzek muszę jej wymierzyć.
(staje w pozycji, jakby miał ją spoliczkować; za każdym słowem,
które skierowuje do córki, odwraca się, by spojrzeć na Dorynę, która stoi
prosto i milczy)
Córko, winnaś pochwalić mój zamiar... uwierzyć...
że mąż, któregom wybrał dla ciebie... bez cienia...
(do Doryny)
Co, milczysz?
DORYNA
Nie mam sobie nic do powiedzenia.
ORGON
Choć jedno słówko jeszcze...
DORYNA
Brak mi chęci na nie.
ORGON
Myślałem, że się złapiesz.
DORYNA
Nie ma głupich, panie!
ORGON
Słowem, córko, powinnaś uległą być tacie
i najposłuszniej przyjąć, kogo wybrał dla cię.
DORYNA
(uciekając)
Od takiego bym męża do lasu uciekła.
(Organ chciał jej dać policzek, ale chybił)
ORGON
Córko, trzymasz przy sobie srokę rodem z piekła,
Z którą bez brzydkich przekleństw już nie zdołam bawić.
Nie czuję się na siłach dłużej teraz prawić:
w gorączkę mnie wpędziło jej zuchwalstwo płoche,
niech zaczerpnę powietrza, by ochłonąć trochę.
(wychodzi)