tego przyjąć, którego nastręcza mi tata.
Otóż oświadczam głośno, że tak właśnie zrobię,
zbawienne pańskie zdanie nader ceniąc sobie.
WALERY
Nie powołuj się − proszę − na moje intencje.
Pani z góry uknułaś takie pociągnięcie;
uchwytujesz się teraz błahego pozoru,
aby mi cofnąć słowo, nie tracąc honoru.
MARIANNA
Temu trudno zaprzeczyć.
WALERY
Zapewne! Twe łono
nigdy uczuciem do mnie nie wezbrało pono.
MARIANNA
Niestety! wolno panu takie snuć domysły.
WALERY
Lecz gdy moje złudzenia tak boleśnie prysły,
może panią ubiegnę: będę wiedział,
kędy ponieść i moją rękę, i serca zapędy.
MARIANNA
O, nie wątpię, bynajmniej, wcale się nie łudzę,
że zasługa...
WALERY
Nie mówmy, proszę, o zasłudze;
niewiele jej posiadam: dowodem − odprawa.
Tuszę tylko, że i n n a będzie mi łaskawa.
Znam taką, która widząc, że cierpię odkosze,
powetuje mi stratę, jaką dziś ponoszę.
MARIANNA
Ta strata nie jest wielka; więc z pomocą zacną
tej innej − pan się chyba pocieszy dość łacno.
WALERY
Dołożę wszelkich starań. Dar czyjegoś serca
zniewala naszą prawość, swawolę uśmierca;
o sercu tym zapomnieć niełatwo − więc kogo
nie stać na to, niech uda, że zapomniał srogo,
niewybaczalnym bowiem jest ambicji brakiem –
kogoś, kto nas odbiega, ścigać łez orszakiem.