Żebym ludzi nie zastawał!
Aż nareszcie, gdy skostniałem,
O radości! o rozkosze!
W jakim czwartym, piątym miejscu
Lokaj mówi: „Państwo proszą”.
Gdybym był, ach, demokratą,
Uściskałbym jego za to.
Wchodzę spiesznie do salonu:
Cieplej niby niż na dworze,
Ale pani jakaś kwaśna,
Panna także nie w humorze
I chłód wieje nieustanny
Z twarzy pana, pani, panny.
A rozmowa, jak po grudzie:
To podskoczy, to ustanie,
Choć dom cały błyszczy w świecie
Przez wykwintne wychowanie
I w ogólnym tu pojęciu
Jest przybytkiem muz dziewięciu.
Rozmawiamy więc o wszystkiem:
O Bulwerze i Kaulbachu,
O muzycznym towarzystwie,
O Mozarcie, Glucku, Bachu,
O Alhambrze i Walhallii
I tam dalej, i tam dalej.
Panna bowiem co minuta
Z ust wyrzuca wielkie imię.
Ja powtarzam, ale widzę
Na fotelu pan już drzymie.
Chcę odchodzić, gdy wtem matka
Mówi do mnie: Jest herbatka”.
Ach, herbata, ta herbata,
Co podają nam we Lwowie!
Ta nikomu wyjść nie może
Na pożytek i na zdrowie:
Biedny jesteś, nieboraku,
Co ją pijesz bez araku.
Trzeba było jednak spełnić,
Ocukrzoną czarę do dna,
Szczęście jeszcze, że na drugą
Prosić tutaj rzecz nie modna.
Nie odniosłem zatem szwanku:
Cieplej było po rumianku.
Aż tu, widzę, panna idzie
Z miną dziwnie zamyśloną
I przynosi wielką księgę,
Bardzo ładnie oprawioną;
Z trwogą patrzę się tajemną,
Że ją kładzie tuż przede mną.
I wspierając się o stolik,
Z wielkim wdziękiem się kołysze
Mówiąc do mnie: „Ja słyszałam,
Że pan zdolnie wiersze pisze,
Do albumu więc mojego,
Pan wymyśli co ładnego.”
Jest tu dużo wielkich ludzi
Gapczykiewicz, Totumfacki
I ten Gucio, co to robi
Lepsze wiersze niż Słowacki.
Tylko brak mi jeszcze pana,
Ale jego grzeczność znana...”
Ha, co robić! Za herbatę
Trzeba album wziąść przez grzeczność!
I powracać z nim do domu
Smutna, smutna ostateczność!
Tak więc dźwigam wielką księgę
Klnąc te mrozy na potęgę.
Spać za wcześnie - to mię zmusza
Do miejskiego wejść kasyna
I spotykam mego krawca,
Co o dług się upomina;
A tam krawcy znaczą tyle,
Co w Egipcie krokodyle...
1870