Niesforne, brudne i obdarte zgraje.
Pomiędzy nimi nie Eros różany
Na blade twarze rzuca blask przewodni,
Lecz jakaś wiedźma, ubrana w łachmany,
Potrząsa drzazgą płonącej pochodni.
W źrenicach krwawe zapala im błyski
Widokiem bogactw kuszących ogrodu
I budzi instynkt poziomy i niski,
Brzydkie uczucie zwierzęcego głodu.
Twarde ich pięści zaciska kurczowo,
Jadem zawiści serc przyspiesza bicie,
Na usta kładzie złorzeczenia słowo
I ten głos w ostrym wydobywa zgrzycie:
„Gdy nasze dzieci wśród wilgotnych ciemnic
Duszą się, żądne mleka i powietrza,
Gdy nasze siostry na chlebie najemnie
Nie mogą wyżyć, nam sztuk Waszych nie trza!
„Kto w jarzmie pracy nie dośpi i nie zje,
Gdy go z rodziną przyciska potrzeba,
Klnie waszą mądrość i waszą poezję,
A łaknie ziemi, powietrza i chleba.
„Was nie obchodzą nic losy milionów
Ani nędzarzów pospolite troski,
Przeto w przepychu woni, barw i tonów
Do szczętu zagon trwonicie ojcowski.
„Lubicie ludzką wzruszać się niedolą,
Gdy ją widzicie w książce lub na płótnie,
Ale was rany nasze nie zabolą
I trud żywota obcy wam, o trutnie!”
Tak coraz głośniej wykrzykuje tłuszcza,
Patrząc na państwo fantazji bogate,
I coraz dziksze spojrzenia zapuszcza
W siedzibę zbytku przez ogrodu kratę.
Ale w ogrodzie estetyczne damy,
Trubadurowie, sztukmistrze i pazie
Nie słyszą burzy, co huczy u bramy,
Tonąc w lubieżno-mistycznej ekstazie...
1895