Miałem przy sobie dwa puginały i cztery pistolety; rozdzieliłem broń na dwoje, położyłem jedną część o dziesięć kroków od drugiej i zostawiłem mu wybór. Ale nieszczęśliwy Principino padł zemdlony na ławkę.
Sylwia natenczas tymi słowy odezwała się do mnie:
- Jestem szlachetnego urodzenia, ale biedna; jutro mam zaślubić księcia lub pójść na całe życie do klasztoru. Zamiast jednego lub drugiego wolę być twoją na wieki!
To mówiąc padła w moje objęcia.
Możecie domyślić się, że nie dałem się długo prosić. Jednakowoż należało zapobiec, abyśmy ze strony księcia nie doznali przeszkody w ucieczce. Wziąłem sztylet i - w braku młotka - kamieniem przybiłem mu rękę do ławki, na której leżał. Krzyknął boleśnie i powtórnie omdlał. Wysunęliśmy się przez otwór w murze ogrodowym i uciekliśmy w góry.
Wszyscy moi towarzysze mieli kochanki, z radością więc powitali moją i kobiety ich przysięgły Sylwii nieograniczone posłuszeństwo.
Już upływał czwarty miesiąc mojego pożycia z Sylwią, gdy zostałem zmuszony opuścić ją, aby obejrzeć zmiany, jakie ostatni wybuch wulkanu poczynił w stronie północnej. Podczas podróży odkryłem w naturze wdzięki, na które dawniej wcale nie zważałem. Co chwila spotykałem rozkoszne trawniki, jaskinie, gaje w miejscach, które wprzódy wydawały mi się dobrymi tylko do obrony lub zasadzek. Sylwia ułagodziła moje rozbójnicze serce, które jednak wkrótce miało odzyskać dawną srogość.