Tu nowa bo jaźń mnie ogarnęła, gdyż zaledwie przeklęty kozioł poczuł mnie na grzbiecie, wnet dziwnym sposobem zaczął galopować. Jednym skokiem przeskakiwał z góry na górę i przesadzał najgłębsze przepaści, jakby to były rowy; nareszcie otrząsnął się i, sam nie wiem jak, znalazłem się w jaskini, gdzie spostrzegłem młodego podróżnego, który przed kilkoma dniami nocował w naszej pustelni.
Młodzieniec siedział na łóżku, obok niego zaś zobaczyłem dwie prześliczne dziewczyny, ubrane po mauretańsku. Dziewczęta, okrywając go pieszczotami, zdjęły mu z szyi relikwie i w tej chwili straciły całą piękność w mych oczach, poznałem w nich bowiem dwóch wisielców z doliny Los Hermanos. Wszelako młody podróżny, biorąc je nadal za piękne kobiety, przemawiał do nich najczulszymi wyrazy. Natenczas jeden z wisielców zdjął stryczek z szyi i zaciągnął go na szyję młodzieńca, który pieszczotami okazywał swą wdzięczność. Potem zasunęli zasłony i nie wiem, co robili, ale myślę, że popełniali jakiś straszliwy grzech.
Chciałem krzyczeć, ale nie mogłem wydać żadnego głosu. Trwało to przez pewien czas; w końcu wybiła północ i ujrzałem wchodzącego szatana z ognistymi rogami i płomienistym ogonem, który kilku diablików za nim niosło.