Po tych słowach ojciec zniknął, a w miejscu, na którym spoczywał, znaleźliśmy tylko garstkę lekkiego i świetlnego popiołu. Zebrałem te szacowne szczątki, złożyłem je w umie i umieściłem w domowym tabernakulum, tuż pod skrzydłami cherubinów.
Pojmujecie, że nadzieja nieśmiertelności i posiadania dwóch niebiańskich małżonek podwoiła we mnie zapal do nauk kabalistycznych. Wszelako przez długie lata nie śmiałem wzbić się do nieograniczonej wysokości i poprzestałem na zawładnięciu przez moje zaklęcia kilku geniuszami osiemnastego stopnia. Jednakowoż z każdym rokiem nabierałem więcej śmiałości. Przeszłego lata zacząłem pracować nad pierwszymi wersetami Szir hasz-szirimu. Zaledwie pierwszy werset rozłożyłem, gdy wtem przeraźliwy łoskot, jak gdyby cały mój zamek walił się z posad, obił się o moje uszy. Nie przeląkłem się zgoła; owszem, byłem przekonany, że praca wybornie mi się udaje. Przeszedłem do drugiego wersetu i gdy go ukończyłem, lampa z mego stołu zsunęła się na podłogę, podskoczyła kilka razy i znieruchomiała przed wielkim zwierciadłem, zawieszonym w głębi pokoju. Spojrzałem w zwierciadło i spostrzegłem końce dwóch prześlicznych kobiecych nóżek. Wnet za nimi pokazały się następne. Pochlebiałem sobie, że te zachwycające nóżki należą do niebiańskich córek Salomona, ale nie śmiałem prowadzić dalej moich działań.