Śród nocy rozbudził mnie dźwięk zegara, bijącego północ. Po tej przygrywce czekałem na ukazanie się jakiegoś ducha i przygotowałem się na odpędzenie go, gdyż w ogóle są to przykrzy i nieproszeni goście. Podczas tych przygotowań ujrzałem nagle mocne światło na stole stojącym w pośrodku pokoju, następnie zjawił się mały błękitny rabinek. który zaczął wybijać pokłony przed pulpitem, jak to zwykli czynić rabini podczas modlitwy. Miał zaledwie stopę wysokości i nie tylko jego szaty były błękitne, ale nawet twarz, broda, pulpit i księga. Poznałem natychmiast, że nie jest to duch, ale geniusz dwudziestego siódmego stopnia. Nie wiedziałem, jak się nazywa, i wcale go dotąd nie znałem. Jednakże użyłem formuły, której powszechnie wszystkie duchy ulegają. Natenczas mały błękitny rabinek zwrócił się do mnie i rzekł:
- Zacząłeś całą twoją pracę na wspak i to jest przyczyną, dla której ujrzałeś naprzód nogi córek Salomona. Zacznij od ostatnich wersetów i staraj się przede wszystkim odgadnąć imiona niebiańskich piękności.
To wyrzekłszy mały rabinek znikł bez żadnego śladu. To, oo mi powiedział, było przeciwne wszystkim zasadom kabalistyki; wszelako byłem tak nieprzezorny, że posłuchałem jego zdania. Zacząłem składać ostatni werset Szir hasz-szirimzi i szukając nazwisk dwóch nieśmiertelnych, wynalazłem imiona Emina i Zibelda. Mocno byłem zdziwiony, wszelako rozpocząłem zaklęcia, Wtedy ziemia straszliwie zadrżała pod moimi nogami, zdawało mi się, że niebo pęka mi nad głową, i padłem bez zmysłów.