Nareszcie zaczynałem jaśniej przezierać w całym tumanie moich przygód i wykładać je bez przypuszczenia uczestnictwa nadludzkich istot, gdy wtem usłyszałem dźwięki wesołej muzyki, z dala okrążające górę. Muzyka coraz się przybliżała i spostrzegłem nadchodzącą bandę Cyganów, która w takt postępowała, śpiewając z towarzyszeniem bębnów i żeli. Rozłożyli się obozem tuż pod tarasem, tak że dokładnie mogłem. podziwiać swoisty wykwint ich strojów i taboru. Myślałem, że to ci sami Cygani-złodzieje, pod których opiekę schronił się oberżysta z Venta de Cardenas, jak mi to powiedział pustelnik, ale wydali mi się cokolwiek zanadto ogładzeni jak na łotrów. Podczas gdy się im przypatrywałem, rozbijali namioty, stawiali kociołki na ogniu i zawieszali kołyski z dziećmi na gałęziach pobliskich drzew. Po ukończeniu wszystkich tych przygotowań oddali się przyjemnościom koczowniczego życia, śród których na pierwszym miejscu kładą próżniactwo.

Namiot naczelnika odróżniał się od innych nie tylko wielką buławą ze srebrną gałką, zatkniętą przy wejściu, ale nadto ozdobniejszą powierzchownością i bogatymi frędzlami, jakich zwykle nie widać u pospolitych Cyganów. Ale jakież było moje zadziwienie, gdy z otwierającego się namiotu nagle ujrzałem wychodzące obie moje kuzynki w tym powabnym stroju, jaki w Hiszpanii nazywają a la gitana maja. Zbliżyły się aż do stóp tarasu, ale zdawały się wcałe mnie nie spostrzegać. Następnie przywołały towarzyszki i zaczęły tańczyć polo na znaną melodię:

  WQXZBKM WQGQGPM WQYBZPM WQBVGGM WJQXZGM