Tego samego dnia Tybald wyprawił ucztę dla swoich przyjaciół. Po wypróżnieniu mnóstwa butelek, gdy noc już od dawna była zapadła, wyszli razem na plac Bellecour. Tam wszyscy trzej wzięli się pod ręce i zaczęli z zadartymi głowami przechadzać się po placu, jak to zwykli czynić rozpustnicy, kiedy chcą zwrócić uwagę dziewcząt. Tym razem jednak nic nie wskórali; nie było żadnej kobiety na placu, a noc była tak czarna, że niepodobna było zoczyć której w oknie. Gdy tak znudzili się już tą samotnością, młody Tybald. dobywszy grubego głosu i klnąc według zwyczaju, zawołał:

- Do milionkroć stu tysięcy diabłów wraz z ich naczelnikiem, któremu w tej chwili zapisuję krew i duszę, jeżeli przyśle mi tu swoją córkę! Przespałbym się z nią. tak mię to wino rozgrzało.

Mowa ta nie podobała się dwom przyjaciołom Tybalda, którzy nie byli jeszcze tak zatwardziałymi grzesznikami, i jeden z nich rzekł:

- Przyjacielu nasz, pomyśl, że szatan jest wiecznym wrogiem człowieka i że aby mu zaszkodził, nie potrzeba go zapraszać ani wzywać po nazwisku.

Na co Tybald odrzekł:

- Jakom powiedział, tak uczynię.

Tymczasem trzej hultaje ujrzeli wychodzącą z sąsiedniej ulicy zasłoniętą kobietę udatnej kibici i, jak się zdawało, bardzo młodą. Za nią biegł mały Murzynek, ale nagle potknął się, padł na twarz i stukł latarnię, którą niósł w ręku. Młoda nieznajoma przelękła się i obróciła dokoła, jakby nie wiedząc, co z sobą począć. Natenczas imć pan Tybald zbliżył się i, jak mógł na j grzeczniej, ofiarował ramię, aby ją odprowadzić do domu. Biedna dziewczyna po chwili namysłu przyjęła tę ofiarę. Imć pan Tybald, zwracając się do przyjaciół, rzekł im półgłosem:

  WQGXYVM WQQPQZM WQZYZGM WJXGXYM WJVKGJM