Wyszłyśmy z niej trzeciego dnia albo raczej trzeciej nocy, już bowiem było dobrze ciemno, gdy stanęliśmy u celu naszej podróży. Jakiś nieznajomy otworzyl drzwiczki od karety i rzekł:
- Oto jesteście na placu Bellecour, przy wejściu na ulicę St. Ramond, ten zaś dom na rogu należy do radcy de La Jacquiere. Gdzież chcecie, aby was teraz zawieziono ?
- Każ zajechać w pierwszą bramę za domem radcy - odpowiedziała moja ochmistrzyni.
Tu Tybald natężył całą uwagę, gdyż w istocie sąsiadował z pewnym szlachcicem, nazwiskiem de Sombre Roche, który uchodził za niesłychanie zazdrosnego. Kilkakrotnie chełpił się przed Tybaldem, że mu pokaże, iż można mieć wierną żonę; mówił, że wychowuje w zamku swoim powabne dziewczę, które poślubi. by potwierdzić prawdę swego zdania. Ale młody Tybald wcale nie wiedział, że dziewczę znajduje się w tej chwili w Lyonie, i mocno cieszył się, że je do swoich rąk dostał. Tymczasem Orlandyna tak dalej mówiła:
- Zajechaliśmy więc do bramy, stąd zaprowadzono nas do obszernych i bogatych komnat, stamtąd zaś kręconymi schodami do wieży, z której, jak mi się zdawało, można by widzieć przy dniu całe miasto. Ale myliłam się, w dzień nawet niepodobna było nic dostrzec. gdyż gęste zielone sukno zasłaniało okna. Natomiast wieża oświecona była złoconym kryształowym Pająkiem. Ochmistrzyni posadziła mnie na krześle i dała swój różaniec do zabawy, sama zaś wyszła i zaryglowała drzwi za sobą.