Na te słowa Tybald, który dobrze pamiętał przebieg biesiady, o mało nie udusił się ze śmiechu.

- A zatem - rzekł - piękna Orlandyno. cóż to za pomysł, na który wpadł ów młody człowiek?

Ach, nie śmiej się, senor; zapewniam cię, że był to nadzwyczaj przyjemny pomysł i ciekawość moja coraz wzrastała, gdy nagle drzwi otworzyły się; poskoczyłam szybko do mego różańca, ochmistrzyni bowiem wchodziła.

Wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do karety, która nie była już tak zamknięta jak wczorajsza, i gdyby noc nie była tak ciemna, byłabym mogła dokładnie widzieć cały Lyon. ale tak zauważyłam tylko, że jedziemy gdzieś bardzo daleko. Wkrótce minęliśmy mury miasta i zatrzymaliśmy się przy ostatnim domu przedmieścia. Na pozór była to zwyczajna chata, strzechą nawet pokryta, ale wnętrze jej całkiem było odmienne, jak się sam o tym przekonasz, jeżeli mały Murzynek nie zapomniał drogi, widzę bowiem, że wystarał się o światło i zapalił latarnię.

Na tym Orlandyna skończyła swoją historię. Tybald pocałował ją w rękę i rzekł:

- Racz, piękna zabłąkana, powiedzieć mi, czy sama mieszkasz w tej chatce?

- Zupełnie sama - odrzekła nieznajoma - z ochmistrzynią tylko i tym małym Murzynkiem. Ale nie sądzę, żeby ochmistrzyni zdążyła dziś wrócić do domu. Jegomość, który przyjeżdżał głaskać mnie pod brodę, kazał mi przyjść z nią do swojej siostry. Ponieważ nie mógł przysłać karety, którą posłał po księdza, poszłyśmy piechotą. Ktoś zatrzymał nas na ulicy, aby mi powiedzieć, że jestem piękna. Głucha ochmistrzyni sądziła, że dopuścił się grubiaństwa. i zaczęła mu odpowiadać. Nadeszło wiele ludzi i wmieszano się do sprzeczki. Przelękłam się i jęłam uciekać co sił. Murzynek pobiegł za mną, upadł i stłukł latarnię; sama nie wiedziałam, co począć, gdy na szczęście spotkałam pana.

  WQGQKGM WQXXZYM WQJVQXM WJKPQBM WJXQBKM