Tybald. zachwycony prostotą tego opowiadania, brał się znowu do umizgów, gdy wtem Murzynek przyniósł zapaloną latarnię, której światło padło na twarz Tybalda.

- Co widzę! - krzyknęła Orlandyna - ten sam, który wczoraj chełpił się swą umiejętnością!

- Najniższy sługa - odparł Tybald - wszelako zapewniam cię, że to, co robiłem wczoraj, jest niczym w porównaniu do tego, czego się może po mnie spodziewać kobieta uczciwa i szlachetna. A żadna z wczorajszych dziewcząt na takie miano nie zasługuje.

- Jak to? Zdawało się przecież, że tak kochasz te trzy dziewczęta! - przerwała Orlandyna.

- O jeden dowód więcej, że żadnej z nich nie kocham naprawdę - rzekł Tybald.

Orlandyna szczebiotała, Tybald przymilał się do niej i tak, sami nie wiedząc kiedy, zaszli na koniec przedmieścia do samotnej chatki, której drzwi Murzynek otworzył kluczem zawieszonym u pasa. Wnętrze jej nie miało w sobie nic z wieśniaczego ubóstwa. Kobierce flamandzkie, tkane w przepiękne wzory wyobrażające żywe, zda się, postacie, pokrywały ściany. U sufitu wisiały pająki z gałęziami ze szczerego srebra. Kosztowne szafy z kości słoniowej i z hebanu, fotele z genueńskiego aksamitu, ozdobione złotymi frędzlami, stały obok sprężystych sof, powleczonych morą wenecką. Tybald na to wszystko jednak nie zważał, widział tylko Orlandynę i oczekiwał rozwiązania dziwnej przygody.

  WQKXJPM WQXQQGM WQQGYQM WJVYKJM WJXKQVM