Tymczasem Murzynek przyszedł nakryć do stołu i Tybald wtedy dopiero spostrzegł, że nie jest to dziecko, jak zrazu sądził, ale stary, czarny karzeł obrzydliwej postaci. Wszelako mały człeczek przyniósł rzeczy, które wcale nie były brzydkie: wielki złocony półmisek, na którym kurzyły się cztery kuropatwy, smakowite i wybornie przyrządzone, pod pachą zaś flaszkę korzennego wina. Zaledwie Tybald podjadł i napił się, wnet uczuł, jak gdyby ogień krążył mu po żyłach. Co do Orlandyny, ta mało jadła, ale ciągle spoglądała na swego współbiesiadnika, raz rzucając mu czułe i niewinne spojrzenia, to znowu wpatrując się weń tak złośliwymi oczyma, że młodzieniec mieszał się wyraźnie.
Na koniec Murzynek przyszedł sprzątnąć ze stołu.
Wtedy Orlandyna wzięła Tybalda za rękę i rzekła:
- Piękny kawalerze, jakże spędzimy ten wieczór? Tybald nie wiedział, co na to odpowiedzieć.
- Przychodzi mi pewna myśl - mówiła dalej. - Widzisz to wielkie zwierciadło? Chodźmy stroić w nim miny, jak to niegdyś czyniłam w zamku Sombre Roche. Bawiło mnie wówczas porównywanie postaci mojej ochmistrzyni z moją; teraz chciałabym zobaczyć różnicę, jaka zachodzi między tobą a mną.
Orlandyna przysunęła krzesła przed zwierciadło, po czym odpięła krezę Tybalda i rzekła: