- Masz szyję prawie taką jak moja, ramiona też - lecz jakże odmienne piersi! Przed rokiem nie byłoby jeszcze tej różnicy, ale dziś moich wprost poznać nie mogę, takiej zmianie uległy. Zrzuć, proszę, twój pas i rozepnij kaftan. Cóż to za frędzle?...
Tybald nie panował już nad sobą, poniósł Orlandynę na sofę i uważał się za najszczęśliwszego z ludzi... Nagle doznał uczucia, jak gdyby kto szpony zapuszczał mu w szyję.
- Orlandyno! - zawołał - Orlandyno, co to ma znaczyć?
Nie było już Orlandyny; Tybald ujrzał w jej miejscu okropne, nie znane mu dotąd kształty.
- Jam nie Orlandyna - krzyknął potwór straszliwym głosem - jam Lucyfer!
Tybald chciał wezwać Zbawiciela na pomoc, ale szatan, który odgadł jego zamysł, schwycił go zębami za gardło i nie pozwolił wymówić tego świętego imienia.
Nazajutrz wieśniacy idący z jarzynami na targ do Lyonu usłyszeli jęki w opuszczonej ruderze przydrożnej, dokąd wyrzucano padlinę. Weszli i znaleźli Tybalda leżącego na gnijącym ścierwie. Wzięli go, zanieśli do miasta i nieszczęśliwy de La Jacquiere poznał swego syna.
Położono go na łóżku; wkrótce Tybald zdawał się przychodzić do zmysłów i słabym, prawie niezrozumiałym głosem rzekł:
- Otwórzcie drzwi temu świętemu pustelnikowi, otwórzcie czym prędzej.