To mówiąc naczelnik Cyganów rozkazał pochować towary po różnych wydrążeniach skał, po czym skinął, aby zastawiono obiad w jaskini, z której widok rozciągał się dalej, niż można było okiem sięgnąć, czyli że odległy widnokrąg całkiem zdawał się zlewać z błękitem niebios. Powaby natury z każdym dniem sprawiały na mnie coraz silniejsze wrażenie. Widok ten pogrążył mnie w nieopisanym zachwycie, z którego wyrwały mnie dwie córki naczelnika, przynoszące obiad. Z bliska, jak to już powiedziałem, wcale nie były podobne do moich kuzynek; ukradkowymi spojrzeniami dawały mi poznać swe zadowolenie, ale tajemne jakieś przeczucie ostrzegało mnie, że to nie one należały do przygody ostatniej nocy. Tymczasem dziewczęta przyniosły gorącą olla podridę, którą wysłani naprzód ludzie przez cały ranek przyrządzali. Stary naczelnik i ja szczerze zabraliśmy się do niej, z tą tylko różnicą, że on przeplatał swoje jedzenie częstym odwoływaniem się do obszernego bukłaka z winem, ja zaś poprzestawałem na świeżej wodzie z sąsiedniego źródła.
Gdy zaspokoiliśmy głód, oświadczyłem mu ciekawość bliższego zapoznania się z nim; długo wzbraniał się, ja wszelako usilnie nalegałem, tak że nareszcie zgodził się opowiedzieć mi swoje przygody i zaczął w te słowa: