Błyskawice z taką szybkością następowały po sobie, że przy ich świetle zdołałem rozpoznać otaczające mnie przedmioty i stanąć na bezpiecznym miejscu. Postępowałem naprzód, chwytając się za drzewa i tym sposobem dostałem się do małej jaskini, która jednak nie dotykała żadnej ścieżki, nie mogła więc być tą, o której mi przewodnik wspominał. Ulewa, wicher, grzmoty i pioruny zwiększyły się w dwójnasób. Drżałem cały w przemoczonej odzieży i przez kilka godzin musiałem zostawać w tym nieznośnym położeniu. Nagle zdało mi się. że widzę pochodnie, migające na dnie wąwozu, i słyszę jakieś głosy. Sądziłem, że to moi ludzie, jąłem ich przywoływać i wkrótce usłyszałem krzyki w odpowiedzi.
Niebawem spostrzegłem młodego człowieka przyzwoitej postaci z kilku służącymi, z których jedni nieśli pochodnie, drudzy zaś zawiniątka z odzieżą. Młodzieniec ukłonił mi się z głębokim uszanowaniem i rzekł;
- Signor Romati, należymy do księżniczki Monte Salerno. Przewodnik, którego wziąłeś w Monte Brugio, doniósł nam, że zabłąkałeś się w tych górach, przychodzimy więc po ciebie z rozkazu księżniczki. Racz przywdziać to odzienie i pójść z nami do zamku.
- Jak to - odpowiedziałem - chcecie mnie zaprowadzić do tego opuszczonego zamku położonego na szczycie góry?