Brat mój nie znał rodzaju moich stosunków z Thoamimami, ale widział, że nie jestem dla nich obca, bacząc zaś, że oddaję się coraz głębszemu smutkowi, lękał się, abym nie zaniechała rozpoczętych działań. Słońce miało już wychodzić ze znaku Bliźniąt, uznał więc za potrzebne uprzedzić mnie o tym. Ocknęłam się jakby ze snu; zadrżałam na myśl, że nie zobaczę więcej moich półbożków i rozłączę się z nimi na jedenaście miesięcy, nie wiedząc nawet, jakie miejsce zajmuję w ich sercach i czy nie staję się zupełnie niegodna ich uwagi.
Postanowiłam pójść do wysokiej komnaty zamkowej, gdzie wisiało weneckie zwierciadło sześciołokciowej wysokości; dla większej jednak pewności siebie wzięłam księgę Edrisa, zawierającą poemat o stworzeniu świata. Usiadłam z daleka od zwierciadła i zaczęłam głośno czytać. Następnie, przerywając i podnosząc nagle głos, ośmieliłam się zapytać Thoamimów, czy byli świadkami tych wszystkich cudów. Wtedy zwierciadło weneckie odczepiło się ze ściany i stanęło przede mną. Ujrzałam w nim Thoamimów; uśmiechali się do mnie z zadowoleniem i pochylali głowy na znak, że rzeczywiście byli obecni przy stworzeniu świata i że w istocie wszystko tak się odbyło, jak pisze Edris.