Biesiada nasza nie była ani długa, ani wesoła. Gdy zebrano ze stołu, ciotka moja obróciła się do nieznajomej damy i rzekła:
- Senora, niech mnie niebo uchowa od złych sądów o bliźnich, zwłaszcza zaś o tobie, która wydajesz się mieć duszę dobrą i prawdziwie chrześcijańską. Z tym wszystkim jednak miałam szczęście wieczerzać z panią i zawsze będę się tym szczyciła. Tymczasem mój synowiec widział, jak ta młoda dziewczyna ściskała prostego mulnika, wprawdzie pięknego chłopca, z tej strony nie mam mu nic do zarzucenia, ale zdziwiłam się, zauważywszy, że pani nie znajdujesz w tym nic nagannego. Bez wątpienia - nie mam żadnego prawa... ale mając zaszczyt wieczerzać z panią... przy tym droga do Burgos jest dość daleka...
Tu ciotka moja tak się zaplątała, że nigdy nie byłaby wybrnęła z kłopotu, gdyby druga dama, w sam czas jej przerywając, nie była rzekła:
- Tak jest, masz pani słuszne prawo po tym, co widziałaś, pytać się o powody mego pobłażania. Powinna bym o nich zamilczeć, ale widzę, że nie przystoi, abym ukrywała przed panią, cokolwiek się mnie dotyczy. To mówiąc zacna dama dobyła chustki, otarła oczy i zaczęła w te słowa:
HISTORIA MARII DE TORRES
Jestem najstarszą córką don Emanuela de Noruńa, oidora trybunału w Segowii. W osiemnastym roku życia zostałam poślubiona don Henrykowi de Torres, byłemu pułkownikowi wojsk hiszpańskich. Matka moja umarła na kilka lat przedtem, ojca utraciliśmy we dwa miesiące po moim małżeństwie i przyjęliśmy do naszego domu młodszą moją siostrę, Elwirę, która wówczas miała dopiero czternasty rok, ale już na całą okolicę słynęła z piękności. Puścizna po moim ojcu była prawie żadna. Co się tyczy mego męża, ten posiadał dość znaczne dobra, ale zmuszony układem familijnym, musiał dawać pensje pięciu kawalerom maltańskim i wyposażyć sześć spokrewnionych z nami zakonnic, tak że ostatecznie dochód nasz zaledwie wystarczał na przyzwoite utrzymanie. Wszelako wsparcie roczne, przyznane przez dwór memu mężowi z tytułu jego dawnej służby, polepszało nieco nasze położenie.