Pewnego wieczora, gdy mówiliśmy o ulubionym przedmiocie, Elwira, przybrawszy poważną postać, rzekła:
- Czy zauważyłaś, siostro, że jak tylko wszyscy brzdąkacze odejdą z ulicy i zgaśnie światło w pokojach od frontu, słychać dwie lub trzy segidylle, śpiewane raczej przez mistrza niż przez zwykłego amatora.
Mąż mój potwierdził te słowa i dodał, że sam już uczynił był tę samą uwagę. Przypomniałam sobie, że w istocie słyszałam coś podobnego, i zaczęliśmy żartować z mojej siostry i nowego jej zalotnika. Jednakowoż zdało nam się, że przyjmuje te żarty z mniejszą wesołością niż zazwyczaj.
Nazajutrz, pożegnawszy brzdąkaczów i zamknąwszy okno, zgasiłam światło i zostałam w pokoju. Wkrótce usłyszałam głos, o którym siostra nam mówiła. Śpiewak zaczął od kunsztownej przygrywki, po czym zawiódł pieśń o rozkoszach tajemnicy, drugą o bojaźli-wej miłości i potem nic już nie słyszałam. Wychodząc z pokoju, ujrzałam moją siostrę przysłuchującą się pode drzwiami. Udałam, że nic nie widzę, ale przy wieczerzy zauważyłam, że często wpada w zadumę i roztargnienie.
Tajemniczy śpiewak codziennie powtarzał swoje serenady i tak przyzwyczaił nas do swych pieśni, że dopiero wysłuchawszy go siadaliśmy do wieczerzy. Stałość i tajemnica rozbudziły ciekawość Elwiry i wywarły na niej wrażenie.