Dzień szesnasty
Śpiew koników polnych, tak żywy...
Śpiew koników polnych, tak żywy i bezustanny w Andaluzji, wcześnie rozbudził mnie ze snu. Powaby natury coraz silniej działały na moją duszę. Wyszedłem z namiotu, aby przypatrzyć się połyskowi pierwszych promieni słońca, roztaczających się po niezmierzonym widnokręgu. Pomyślałem o Rebece. - Ma słuszność - rzekłem sam do siebie - że woli rozkosze życia ludzkiego i materialnego od czczych marzeń idealnego świata, do którego i tak prędzej czy później się dostaniemy. Czy liż na tej ziemi nie znajdujemy dość rozmaitych uczuć, rozkosznych wrażeń, ażeby używać ich podczas krótkiego naszego pobytu? - Podobne uwagi zaprzątnęły mnie przez chwilę, po czym, widząc, że wszyscy udają się do jaskini na śniadanie, zwróciłem kroki w tę samą stronę. Posilaliśmy się jak ludzie oddychający powietrzem gór i po zaspokojeniu głodu prosiliśmy naczelnika Cyganów, aby raczył dalej ciągnąć swoje opowiadanie, co też uczynił w tych słowach:
DALSZY CIĄG HISTORII NACZELNIKA CYGANÓW
Mówiłem wam, że przybyliśmy na drugi nasz nocleg w drodze z Madrytu do Burgos i że znajdowaliśmy się tam z młodą dziewczyną, zakochaną w młodym chłopcu przebranym za mulnika. synu Marii de Torres. Ta ostatnia powiedziała nam, że hrabia Rovellas leżał prawie martwy na drugim końcu szranków, podczas gdy młody nieznajomy na przeciwnej stronie śmiertelnym ciosem ugodził byka gotującego się dobić swoją ofiarę.