Późno już było, gdy dostaliśmy się do Villaca. Zaczęliśmy od zwiedzenia naszego domu od strychu aż do piwnicy, po czym kazaliśmy wynieść krzesła przed drzwi i zasiedliśmy do czekolady. Mąż mój żartował z Elwiry, mówiąc o ubóstwie domu, w którym raczyła mieszkać przyszła hrabina Rovellas. Moja siostra przyjmowała jego żarty dość wesoło. Wkrótce potem ujrzeliśmy wracający z pola pług, zaprzężony w cztery potężne woły. Krępy chłopak poganiał je, za nim zaś postępował młody człowiek pod ramię z równą mu prawie wiekiem dziewczyną. Młody labrador miał szlachetną postawę i gdy zbliżył się do nas, poznałyśmy w nim z Elwirą wybawcę Rovellasa. Mąż mój nie zwrócił na niego uwagi, ale siostra rzuciła mi spojrzenie, które doskonale zrozumiałam. Młodzieniec ukłonił nam się, jak człowiek, który nie chce zawierać znajomości, i wszedł do swego domku. Towarzyszka jego bacznie nam się przypatrywała.
- Piękna para, nieprawdaż? - rzekła dona Manuela, nasza gospodyni.
- Jak to, piękna para? - zawołała Elwira. - Więc to małżeństwo?
- Nie inaczej - odparła Manuela - i jeżeli mam prawdę powiedzieć, jest to związek zawarty przeciw woli rodziców. Jakaś porwana dziewczyna. Nikt tu o tym nie wątpi; zaraz poznaliśmy, że to nie są wieśniacy.