Przybyliśmy do Valladolid. Marszałek podał mi rękę i zaprowadził do przeznaczonych dla mnie pokojów. Obie ciotki udały się wraz ze mną; Elwira także chciała wejść, ale odpędzono ją jako ulicznika. Co zaś do Lonzeta, ten wraz ze służbą pozostał w stajni.
Znalazłszy się sam na sam z ciotkami, padłem im do nóg, zaklinając, aby mnie nie zdradzały, i przedstawiając im srogie kary, na jakie ich gadatliwość może mnie wystawić. Myśl, że mogę być oćwiczony, pogrążyła ciotkę moją w rozpaczy, połączyła więc swoje prośby z moimi, ale wszystkie te nalegania były niepotrzebne. Maria de Torres, równie jak my przestraszona, myślała tylko o tym, jak odwlec ostateczne rozwiązanie wypadku. Oznajmiono, że obiad już jest gotów. Wicekról przyjął mnie u drzwi jadalnego pokoju, zaprowadził na miejsce i siadając po mojej prawej stronie, rzekł:
- Pani, dotychczasowe moje incognito zawiesza tylko moją wicekrólewską godność, ale jej nie znosi. Przebacz mi zatem, jeżeli poważam się siadać po twojej prawej stronie, ale tak samo czyni łaskawy monarcha, którego mam zaszczyt przedstawiać, względem najjaśniejszej królowej.
Następnie marszałek usadowił resztę osób wedle ich znaczenia, zachowując pierwsze miejsce dla pani de Torres.