Wyznam wam, iż myśl ta owładnęła tak dalece wszystkimi władzami mojej duszy, że czasami zaczynałem prawić od rzeczy i z daleka można mnie było wziąć za prawdziwego embebecido.

Jeżeli wchodziłem do jakiego domu, zamiast zająć się powszechną rozmową, wyobrażałem sobie natychmiast, że dom ten należy do mnie, i umieszczałem w nim moją żonę. Ozdabiałem jej pokój najpiękniejszymi tkaninami, matami chińskimi i kobiercami perskimi, na których, zdawało mi się, widzę już ślady jej stóp. Również wpatrywałem się w sofę, na której, wedle mego mniemania, najczęściej lubiła siadywać. Jeżeli wychodziła dla odetchnięcia świeżym powietrzem, znajdowała ganek umajony najwonniejszymi kwiatami i ptaszarnię napełnioną najrzadszym ptactwem. Jej sypialnia była dla mnie świątynią, do której nawet moja wyobraźnia lękała się wkroczyć.

Gdy tak zatapiałem się w moich marzeniach, rozmowa szła zwykłym trybem, ja zaś odpowiadałem bez związku na pytania, jakie mi zadawano. Nadto odzywałem się zawsze cierpko, nierad, że przerywano ml moje marzenia.

W tak dziwny sposób zachowywałem się, przychodząc gdzie w odwiedziny. Na przechadzkach ogarniało mnie równe szaleństwo; jeżeli miałem potok do przebycia, brnąłem w wodzie po kolana, zostawiając kamienie dla mojej żony, która wspierała się na moim ramieniu, wynagradzając te starania boskim uśmiechem. Dzieci kochałem do szaleństwa. Gdy jakie spotkałem, pożerałem je pieszczotami, kobieta zaś karmiąca niemowlę piersią wydawała mi się arcydziełem stworzenia.

  WQBPVQM WJKYKXM WJZKYJM WQXPZKM WQJGVZM