Powziąwszy zamiar wyjazdu, udałem się na dwór madrycki, ale i tam znalazłem te same mdłe grzeczności, pod innymi tylko nazwami. Miano embebecidów, które z Grenady przeszło dziś do Madrytu, nie było tam jeszcze wówczas znane. Damy dworu nazywały wybranych, chociaż nieszczęśliwych kochanków cortejo, innych zaś, z którymi surowiej się obchodziły i zaledwie raz lub dwa razy na miesiąc wynagradzały uśmiechem, galan. Pomimo to wszyscy bez różnicy nosili barwy wybranej piękności i galopowali przy jej powozie, co taki kurz podnosiło co dzień w Prado, że niepodobna było mieszkać na ulicach przytykających do tego czarownego miejsca przechadzki.
Nie miałem ani odpowiedniejszego majątku, ani dość sławnego nazwiska, ażeby zwrócić na siebie uwagę u dworu; wszelako dałem się poznać ze zręczności, jaka okazywałem w walkach byków. Król kilka razy przemówił do mnie, grandowie zaś uczynili mi zaszczyt poszukiwania mojej przyjaźni. Znałem się nawet z hrabią Rovellasem, ale ten, pozbawiony przytomności, nie mógł mnie widzieć, gdy wyratowałem go od śmierci. Dwóch jego dojeżdżaczy dobrze wiedziało, kim jestem. ale snadź wówczas zaprzątnięci byli czym innym, inaczej nie omieszkaliby żądać ośmiuset pistolów nagrody, jaką hrabia przyrzekł temu, który mu odkryje nazwisko jego wybawcy.