Mowa ta uczyniła na mnie silne wrażenie. Osoba tak piękna, obdarzona tak rzadkimi przymiotami, i z kraju, gdzie nie było embebecidów, zdała mi się przeznaczona przez niebo dla mojego szczęścia. Kilku segowczyków. z którymi rozmawiałem, jednomyślnie potwierdziło zdanie don Henryka o wdziękach Elwiry, postanowiłem więc osądzić je na własne oczy.

Jeszcze nie opuściłem Madrytu, gdy uczucia moje ku Elwirze osiągnęły pewną siłę, ale zarazem stosunkowo zwiększyły moją bojaźliwość. Przybywszy do Segowii, nie odważyłem się pójść z odwiedzinami do pana de Torres lub innych osób, z którymi zapoznałem się w Madrycie. Chciałem, ażeby ktoś usposobił Elwirę do mnie tak, jak ja do niej byłem usposobiony. Zazdrościłem tym, których rozgłośne imię lub świetne przymioty wszędzie poprzedzają, sądziłem bowiem, że jeżeli na pierwsze wejrzenie nie pozyskam przychylności Elwiry, wszelkie moje późniejsze starania będą bezużyteczne.

Przepędziłem kilka dni w gospodzie, nie widząc nikogo. Nareszcie kazałem zaprowadzić się na ulicę, gdzie stał dom pana de Torres. Naprzeciwko spostrzegłem napis oznajmiający mieszkanie do najęcia. Pokazano mi izdebkę na poddaszu, zgodziłem ją za dwanaście realów na miesiąc, przybrałem nazwisko Alonza i powiedziałem, żem przybył za sprawami handlowymi.

  WQBPYXM WJKKKKM WJZGZQM WQXYVPM WQJPXVM