Mój ojciec przepędził u kamedułów trzy lata, podczas których zacni zakonnicy za pomocą najgorliwszych starań i anielskiej cierpliwości przywrócili go na koniec do zdrowia. Następnie udał się do Madrytu i poszedł do ministra. Wprowadzono go do gabinetu, gdzie dygnitarz odezwał się do niego w te słowa:
- Sprawa twoja, don Henryku, doszła do wiadomości króla, który mocno rozgniewał się na mnie i na moich urzędników za tę pomyłkę. Szczęściem, posiadałem jeszcze twój list z podpisem don Karlosa. Oto go jeszcze mam; racz mi teraz powiedzieć, dlaczego nie podpisałeś własnego imienia.
Mój ojciec wziął list. poznał swoje pismo i rzekł:
- Przypominam sobie, że w chwili gdy podpisywałem ten list, doniesiono mi o przybyciu mego brata; radość doznana z tego powodu była zapewne przyczyną mojej pomyłki. Wszelako nie błąd ten winienem oskarżać o moje nieszczęścia. Gdyby nawet patent na pułkownika był wydany na moje nazwisko, nie byłbym w stanie piastować tej godności. Dziś odzyskałem dawne siły umysłu i czuję się zdolny do pełnienia obowiązków, jakie JKMość wówczas mi naznaczał.
- Drogi Henryku - odparł minister - projekty fortyfikacji wpadły w wodę, a my na dworze nie zwykliśmy odświeżać zapomnianych rzeczy. Mogę ci ofiarować jedynie posadę komendanta Ceuty. W tej chwili mam to tylko miejsce do rozporządzenia. Jeżeli zechcesz je przyjąć, musisz odjechać, nie widząc się z królem. Wyznaję, że urząd ten nie odpowiada twoim zdolnościom, nadto pojmuję, że w twoim wieku przykro jest osiedlać się na opuszczonej afrykańskiej skale.