- Majątek twój, Jaśnie Oświecony Panie, jest zapewne wielki, ale też i dostatki tej oto młodej osoby muszą być znaczne.
- Hrabia Rovellas - odparł wicekról - rozrzutnością swoją głęboką szczerbę uczynił w swoim majątku i chociaż podjąłem się wszystkich kosztów procesu, mogłem jednak wydobyć tylko szesnaście plantacji w Hawanie, dwadzieścia dwie akcje kopalni srebra w Sanlucar, dwanaście - w spółce filipińskiej, pięćdziesiąt sześć - w Asiento i niektóre inne drobne papiery wartościowe. Dziś więc cała suma wynosi zaledwie, mniej więcej, dwadzieścia siedem milionów piastrów.
Tu wicekról przyzwał swego sekretarza, kazał mu przynieść szkatułkę z kosztownego indyjskiego drzewa i ukląkłszy na jedno kolano, rzekł:
- Córko zachwycającej matki, której nie przestałem dotąd uwielbiać, racz przyjąć owoc trzynastoletnich trudów, gdyż tyle czasu potrzebowałem na wydobycie tego dobra z rąk twoich chciwych krewnych.
Z początku chciałem przyjąć szkatułkę z wdzięcznym uśmiechem, ale myśl, że u moich nóg klęczy człowiek, który rozbił tyle głów indiańskich, przy tym wstyd odgrywania roli przeciwnej mojej płci, nareszcie sam nie wiem jakie pomieszanie sprawiło, że ledwie nie postradałem zmysłów. Ale ciotka Torres, której odwagę dziwnie wzmogło owe dwadzieścia siedem milionów piastrów, pochwyciła mnie w objęcia i porywając szkatułkę gestem może nieco zbyt niepowstrzymanej chciwości, rzekła do wicekróla: