Dzień dwudziesty czwarty
Znowu zaczęliśmy błąkać się po Alpuharach...
Znowu zaczęliśmy błąkać się po Alpuharach, przybyliśmy wreszcie na spoczynek i posiliwszy się wieczerzą, prosiliśmy Velasqueza, aby raczył dalej opowiadać przygody swego życia, co też uczynił w tych słowach:
DALSZY CIĄG HISTORII VELASQUEZA
Ojciec chciał być obecny przy pierwszej mojej lekcji tańca i żądał, aby moja matka także mu towarzyszyła. Folencour, zachęcony tak pochlebnym przyjęciem, zapomniał zupełnie, że przedstawił się nam jako człowiek dobrze urodzony, i zaczął od szumnej przemowy na pochwałę sztuki choreograficznej, którą nazywał swoim zawodem. Następnie zwrócił uwagę, że trzymam nogi do siebie, i usiłował wytłumaczyć, że haniebny ten zwyczaj zupełnie nie przystoi szlachcicowi. Obróciłem więc palce na zewnątrz i próbowałem chodzić tym sposobem, jakkolwiek groziła mi utrata równowagi. Folencour wciąż jeszcze nie był zadowolony i wymagał, żebym stąpał na palcach. Nareszcie, zniecierpliwiony, ujął mnie ze złością za rękę i, chcąc ku sobie przybliżyć, pociągnął tak gwałtownie, że straciwszy równowagę padłem na twarz i mocno się potłukłem. Folencour, zamiast mnie przeprosić, uniósł się niepohamowanym gniewem i zaczął używać wyrażeń, których nieprzyzwoitość sam byłby osądził, gdyby lepiej umiał po hiszpańsku. Przyzwyczajony do powszechnej grzeczności mieszkańców Ceuty, sądziłem, że nie należy bezkarnie puszczać takiej zniewagi. Śmiało zbliżyłem się więc do tancmistrza i porwawszy jego skrzypki, rozbiłem je w drobne kawałki, przysięgając, że żadnej nauki nie pragnę od człowieka tak źle wychowanego. Ojciec nie rzekł na to ani słowa, powstał w milczeniu, wziął mnie za rękę, zaprowadził do maleńkiej izdebki na końcu podwórza i zamknął drzwi za mną, mówiąc, że wtedy z niej wyjdę, gdy wróci mi ochota do tańca.