Odpowiedziałem bez wahania:
- Miałbym z boku i u góry dwa pasy, każdy z 52 kwadratów, a nadto w rogu mały kwadrat o czterech kwadracikach dotykający obu pasów.
Słowa te przejęły ojca żywą radością, którą jednak starał się ukryć, po czym rzekł:
- Gdybym atoli dodał u podstawy okna linię nieskończenie wąską, jaki byłby kwadrat? Zastanowiłem się przez chwilę i odpowiedziałem:
- Miałbym dwa pasy równie długie jak boki okna, ale nieskończenie wąskie, co zaś do kwadratu narożnego, ten byłby tak mały, że nie mogę go sobie żadnym sposobem wyobrazić.
Tu ojciec upadł na krzesło, złożył ręce, wzniósł oczy ku niebu i rzekł:
- Wielki Boże, on sam odgadł prawo dwumianu i jeżeli mu nie przeszkodzę, gotów odkryć cały rachunek różniczkowy!
Przeląkłem się widząc stan mego ojca, odwiązałem mu krawatkę i zacząłem wołać o pomoc. Nareszcie wrócił do zmysłów i przycisnął mnie do serca, mówiąc:
- Moje dziecię, moje kochane dziecię, porzuć te rachunki, ucz się sarabandy, mój przyjacielu, ucz się lepiej sarabandy.
Już nie było nawet mowy o dalszym więzieniu. Tego samego wieczora obszedłem dokoła wały Ceuty i chodząc, ciągle powtarzałem: "On odgadł prawo dwumianu, on odgadł prawo dwumianu". Mogę śmiało wyznać, że odtąd z każdym dniem czyniłem nowe postępy w matematyce. Ojciec zaprzysiągł, że nigdy nie będzie mnie jej uczył, ale pewnego dnia znalazłem przy łóżku Arytmetykę ogólną don Izaaka Newtona i o ile mi się zdaje, ojciec musiał umyślnie ją tam zostawić. Czasami także znajdowałem otwarte drzwi do biblioteki i nigdy nie omieszkałem korzystać z tej sposobności.