Pewnego wieczoru, gdy po wieczerzy kończyłem rozwiązanie nader zawiłego zagadnienia z zakresu rachunku różniczkowego, ujrzałem wchodzącą ciotkę Antonię w samej tylko koszuli.
- Mój synowcze - rzekła do mnie - widok światła w twoim pokoju nie daje mi zasnąć, ponieważ więc matematyka jest nauką tak powabną, pragnę zatem, abyś mnie jej nauczył.
-Nie mając nic lepszego do czynienia, przystałem na żądanie ciotki. Wziąłem tablicę i wyłożyłem jej dwa pewniki Euklidesa; właśnie miałem przechodzić do trzeciego, gdy Antonia nagle wyrywając mi tablicę zawołała:
- Nieznośny pedancie, czyliż matematyka dotąd nie nauczyła cię, skąd się biorą dzieci na świecie?
Z początku wyrazy te wydały mi się niedorzeczne, ale głębiej się zastanowiwszy, powziąłem myśl, że zapewne chciała mnie zapytać o formułę ogólną, odpowiadającą wszystkim sposobom rozmnażania używanym przez naturę, zacząwszy od cedru - aż do porostów i od wieloryba - do żyjątek dostrzegalnych zaledwie za pomocą mikroskopu. Przypomniałem sobie zarazem uwagi, jakie niegdyś czyniłem nad rozmaitością stopni pojęć u zwierząt, której przyczynę upatrywałem w odmienności sposobów płodzenia, w różności warunków rozwoju zarodka i w różności wychowania. Ta rozmaitość stopni pojęć, wyrażająca się szeregami rosnącymi lub malejącymi, zaprowadziła mnie znów na teren matematyki. Jednym słowem, wpadłem na myśl wynalezienia formuły, która dla całego państwa zwierzęcego określałaby czynności jednakowego rodzaju a różnej wartości. Rozogniła się moja wyobraźnia, sądziłem, że potrafię oznaczyć miejsce geometryczne i granicę każdego z naszych pojęć i każdej wynikającej z tych pojęć czynności, czyli, wyraźniej mówiąc, zastosować obliczenie do całego systemu natury. Dręczony natłokiem myśli, uczułem potrzebę odetchnięcia świeżym powietrzem, wypadłem więc na wały i trzy razy je obiegłem, sam nie wiedząc, co czynię.