Dzień dwudziesty piąty

Podróżowaliśmy dalej przez piękne...
Podróżowaliśmy dalej przez piękne, ale opuszczone okolice. Gdy obchodziliśmy jedną z gór, oddaliłem się od karawany i zdało mi się, że słyszę jęki w wydrążeniu gęsto zarosłej doliny, ciągnącej się wzdłuż drogi, na której wówczas się znajdowaliśmy. Jęki podwoiły się, zsiadłem z konia, przywiązałem go, dobyłem szpady i zapuściłem się w zarośla. Im bliżej podchodziłem, tym bardziej jęki zdawały się oddalać: nareszcie przybyłem na otwarte miejsce, gdzie znalazłem się pośród ośmiu czy dziesięciu ludzi, uzbrojonych w muszkiety i biorących mnie na cel.

Jeden z nich krzyknął, abym mu oddał szpadę: za całą odpowiedź poskoczyłem, chcąc go przeszyć na wylot, ale natenczas położył muszkiet na ziemi, jakby sam zdawał się na łaskę, i ofiarował mi kapitulację, wymagając ode mnie jakowychś obietnic. Odpowiedziałem, że nie będę ani kapitulował, ani nic obiecywał.

W tej chwili usłyszano krzyki podróżnych, którzy umie przyzywali. Naczelnik - jak się zdawało - bandy rzekł do mnie:

- Senor kawalerze, szukają cię, nie mamy czasu do stracenia. Za cztery dni racz opuścić obóz i udać się drogą ku zachodowi; spotkasz osoby, które mają ci powierzyć ważną tajemnicę. Jęki, które słyszałeś, były tylko fortelem, użytym na sprowadzenie cię pośród nas. Nie zapominaj więc, abyś na czas się stawił.

  WQQQBGM WQGPGYM WQKGXJM WJJYGKM WQPKZBM