- Wydawało mi się - rzekł kabalista - że czasami jeszcze wpadasz senor w roztargnienie, skoro jednak zapewniasz nas, że jesteś już wyleczony, pozwól, abym ci pierwszy tego powinszował.
- Szczerze dziękuję - odpowiedział Velasquez - gdyż zaledwie wykończyłem swój system, aliści nie przewidziany wypadek taką zmianę sprawił w moim przeznaczeniu, że teraz trudno mi będzie, nie mówię - utworzyć system, ale nawet poświęcić nędzne dziesięć lub dwanaście godzin z rzędu jednemu obliczeniu. Krótko mówiąc, niebo chciało, abym został księciem Velasquez, grandem hiszpańskim i panem ogromnego majątku.
- Jak to. książę - przerwała Rebeka - wspominasz o tym jak o rzeczy ubocznej w twojej historii? Mniemam, że kto inny na twoim miejscu zacząłby od tej wiadomości.
- Przyznaję - odparł Velasquez - że jest to współczynnik, pomnażający osobiste walory, sądziłem jednak, że nie muszę o nim wspominać, zanim nie doprowadzi mię doń bieg wypadków. Oto, co mi jeszcze zostało do powiedzenia:
Cztery tygodnie mija, jak Diego Alvarez, syn tamtego Alvareza, przybył do Ceuty z listem od księżnej Blanki do mojego ojca. Pismo to zawierało następujące wyrazy:
Senor don Henryku!
List ten uwiadomi cię, że Bóg zapewne wkrótce do siebie powoła twego brata, księcia Velasquez. Prawa szlachty hiszpańskiej nie pozwalają, ażebyś dziedziczył po młodszym bracie, majątek zatem i tytuły przejdą na twego syna. Jestem szczęśliwa, że kończąc czterdziesty rok pokuty, będę w stanie powrócić mu dostatki, których płochość moja ciebie pozbawiła. Nie mogę wprawdzie przywrócić ci sławy, którą zdobyłbyś dzięki swoim zdolnościom, ale dziś oboje jesteśmy już u bram wieczystej chwaty, ziemska nie może nas zajmować. Przebacz wiec po raz ostatni grzesznej Blance i przyślij nam syna, którym cię niebo obdarzyło. Książę, przy którego łożu jestem już od dwóch miesięcy, pragnie widzieć swojego spadkobiercę.