Mój ojciec nie mógł więcej mówić, łzy tłumiły mu słowa. Wszyscy mieszkańcy Ceuty towarzyszyli memu odjazdowi, ze wszystkich oczu można było wyczytać smutek rozłączenia, pomieszany z radością, jaką sprawiła wieść o tak świetnej przemianie mego losu.
Rozwinęliśmy żagle i wylądowaliśmy nazajutrz w porcie Algeciras, skąd udałem się do Kordowy, następnie zaś na nocleg do Andujar. Oberżysta tameczny rozpowiadał mi jakieś nadzwyczajne historie o duchach i upiorach, których wcale nie słuchałem. Przenocowałem u niego i nazajutrz wcześnie wybrałem się w drogę. Miałem ze sobą dwóch służących; jeden jechał przodem, drugi postępował za mną. Uderzony myślą, że w Madrycie nie będę miał czasu do pracy, dobyłem moich tabliczek i zająłem się obliczeniami, których brakowało jeszcze w moim systemie.
Jechałem na mule, którego równy i wolny krok sprzyjał temu zatrudnieniu. Nie pamiętam ile czasu tym sposobem straciłem, gdy nagle mój muł się zatrzymał. Ujrzałem się u stóp szubienicy obciążonej dwoma wisielcami, których twarze zdawały się wykrzywiać i napełniały mnie zgrozą. Obejrzałem się dokoła, ale nie ujrzałem żadnego z moich służących, jąłem więc przyzywać ich z całej siły, ale nadaremnie. Postanowiłem jechać dalej prostą drogą, otwierającą się przede mną. Już noc zapadła, gdy przybyłem do obszernej i dobrze zbudowanej gospody, ale opuszczonej i próżnej.