- Dziecię moje, nie rozpaczaj jeszcze; być może, że zdołam wyjednać, aby nam pozwolono wymierzyć ci karę. Wprawdzie będzie ona okropna, ale nie wywrze zgubnego wpływu na całe twoje życie.
Powiedziawszy to Sanudo wyszedł, zamknął drzwi na klucz i zostawił mnie w osłupieniu, które możecie sobie wyobrazić, a którego nie będę nawet starał się wam opisywać. Myśl zbrodni dotąd nie stanęła mi w wyobraźni i uważałem nasze świętokradzkie wynalazki za niewinne psoty. Zagrażające mi kary pogrążyły mnie w odrętwienie, które nie pozwalało mi nawet płakać. Nie wiem, jak długo zostawałem w tym stanie; nareszcie drzwi się otworzyły. Ujrzałem przeora, penitencjarza i dwóch braci zakonnych, którzy ujęli mnie pod ręce i zaprowadzili przez nie wiem ile korytarzy do oddalonej izby. Rzucono mnie na podłogę i zatrzaśnięto za mną drzwi na podwójne rygle.
Niebawem powróciłem do zmysłów i zacząłem rozpatrywać się w moim więzieniu. Księżyc przez żelazne kraty okna oświecał izbę; spostrzegłem mury pokryte różnymi napisami pokreślonymi węglem i w kącie garść słomy.
Okno wychodziło na cmentarz. Trzy trupy, owinięte w całuny i złożone na marach, leżały pod przysionkiem. Widok ten przestraszył mnie; nie śmiałem otworzyć oczu ani na izbę, ani na cmentarz.