Byliście, drodzy uczniowie, świadkami próśb, jakie zanosiłem do margrabiny Valomez, aby mi tylko koniec lancetu pozwoliła zapuścić w tchawicę jej dostojnego małżonka, ale margrabina, idąc za namowami moich nieprzyjaciół, wzbroniła mi pozwolenia i musiałem szukać innych środków, by postawić się w możności złożenia oczywistych na moją stronę dowodów.
Ach, jakże gorzko żałuję, że dostojny margrabia nie może być obecny przy dysekcji własnego ciała! z jakąż rozkoszą pokazałbym mu zarody hydatyczne i polipowe, tkwiące korzeniami w jego oskrzelach i wypuszczające rozgałęzienia aż do gardła!
Ale, co mówię! Skąpy ten Kastylijczyk, obojętny na postęp nauki, odmawia nam tego, czego sam wcale nie potrzebuje. Gdyby margrabia miał najmniejszy pociąg do sztuki lekarskiej, byłby nam zapisał swoje płuca, wątrobę i wszystkie wnętrzności, które na nic już przydać mu się nie mogą. Ale nie. ani pomyślał o tym i teraz musimy z narażeniem życia gwałcić przybytek śmierci i zakłócać spoczynek umarłych.
Mniejsza o to, kochani uczniowie; im więcej napotykamy przeszkód, tym większą z przezwyciężenia ich zdobędziemy chwalę. Odwagi więc; czas już raz dopełnić tego wielkiego przedsięwzięcia. Po trzykrotnym gwizdnięciu towarzysze wasi, z drugiej strony parkanu pozostali, podadzą drabinę i natychmiast porwiemy dostojnego margrabiego; powinien on sobie winszować, że zmarł na tak rzadką chorobę, a jeszcze bardziej tego, że wpadł w ręce ludzi, którzy się na niej poznali i oznaczyli właściwą nazwą.