Przyzwyczaiłam się tak dalece do uległości Hermosita, że najmniejszy opór z jego strony byłby niesłychanie mnie zadziwił; ale nie było się czego lękać, ja sama musiałam ograniczyć moją władzę albo też przezornie jej używać.
Pewnego dnia zachciało mi się pięknej muszli, którą spostrzegłam na dnie czystej, ale głębokiej wody. Hermosito rzucił się i o mało co nie utonął. Kiedy indziej złamała się pod nim gałąź, gdy chciał wybrać gniazdo, którego żądałam. Upadł na ziemię i mocno się potłukł. Odtąd z większą przezornością oświadczałam moje życzenia, ale zarazem znajdowałam, że pięknie mieć taką władzę, a jednak jej nie używać. Był to, jeżeli sobie dobrze przypominam, pierwszy objaw mojej miłości własnej; odtąd, zdaje mi się, nieraz byłabym mogła czynić podobne spostrzeżenia.
Tak nam upłynął trzynasty rok życia. W dniu, w którym Hermosito go ukończył, matka rzekła mu:
- Synu mój, dziś obchodzimy trzynastą rocznicę twego urodzenia. Nie jesteś już dzieckiem i nie możesz tak poufałe zbliżać się do twojej pani. Pożegnaj się z nią, jutro odjedziesz do Nawarry, do twego dziadka.
Girona jeszcze nie była dokończyła tych słów, gdy Hermosito wpadł w gwałtowną rozpacz. Rozpłakał się, zemdlał, odzyskał zmysły, aby znowu zalewać się łzami. Co do mnie, bardziej zajmowałam się kojeniem jego żalu aniżeli podzielaniem zmartwienia. Uważałam go za istotę zupełnie zależną ode mnie, nie dziwiłam się więc jego rozpaczy. Ale bynajmniej nie okazałam mu wzajemności. Zresztą byłam jeszcze zbyt młoda i zbyt doń przyzwyczajona, aby jego nadzwyczajna piękność mogła sprawić na mnie jakiekolwiek wrażenie.