Tak trudne położenie zdawało się mocno trapić van Berga; przez kilka dni był roztargniony, nareszcie wpadł na sposób, który miał ocalić jego honor. Zebrał, ile tylko mógł znaleźć kucharzy, muzyków, skoczków, komediantów i innych osób wesołego rzemiosła. Rano wyprawiał sutą biesiadę, wieczorem bal i widowisko, stawiał maszty obfitości, a jeżeli pomimo wszelkich usiłowań nie udało mu się wydać tysiąca czterechset pistolów, kazał resztę wyrzucać oknem, mówiąc, że podobny postępek wchodzi w zakres marnotrawstwa.

Uspokajając w ten sposób sumienie, van Berg odzyskał dawną wesołość. W istocie, był to nader dowcipny człowiek i zręcznie umiał bronić swych dziwacznych wad, o które go wszędzie napastowano. Te rozumowania, w których się biegle wyćwiczył, nadawały błyskotliwości jego rozmowie i odróżniały go od nas, Hiszpanów, zwykle poważnych i milczących.

Van Berg często u mnie bywał wraz ze znaczniejszymi oficerami armii, wszelako przychodził także w chwilach, gdy mnie w domu nie było. Wiedziałem o tym i bynajmniej się nie gniewałem, wyobrażałem sobie bowiem, że nieograniczone zaufanie przekona go, aż wszędzie i o każdej godzinie dobrze jest widziany.

Ogół tymczasem innego był zdania i niebawem zaczęły krążyć wieści ubliżające mojej sławie. Do mnie żadna z nich nie doszła, książę posłyszał je jednak, a wiedząc, jak kocham moją żonę, przez przyjaźń cierpiał za mnie. Pewnego dnia udał się do pani de Val Florida i padł jej do nóg, zaklinając, aby nie zapominała swoich obowiązków i nie widywała van Berga sam na sam. Nie wiem, co mu na to odpowiedziano.

  WQZGVBM WQKXVVM WQGJYPM WJQJYGM WJZQQQM