Następnie książę poszedł do van Berga z zamiarem przełożenia mu w podobnym sposobie całego stanu rzeczy i zwrócenia go na drogę cnoty. Nie zastał go w domu. Powrócił po południu, w pokoju pełno było ludzi, ale van Berg sam siedział na uboczu; ponury i zapewne nieco pijany potrząsał kubkiem z kośćmi.
Książę zbliżył się do niego przyjaźnie i śmiejąc się zapytał, jak mu idą wydatki.
Van Berg rzucił nań zagniewane spojrzenie i odpowiedział :
- Wydatki moje przeznaczone są dla przyjemności mych przyjaciół, nie zaś niegodziwców, którzy mieszają się do tego, co do nich nie należy.
Kilka osób słyszało te słowa.
- Czy to do mnie ma się stosować? - rzekł książę. - Van Berg, racz natychmiast odwołać te lekkomyślne wyrazy.
- Nigdy niczego nie odwołuję - odparł van Berg. Książę ukląkł na jedno kolano, mówiąc:
- Van Berg, wyświadczyłeś mi znakomitą przysługę, dlaczegóż teraz chcesz mnie zbezcześcić? Zaklinam cię, uznaj mnie za człowieka z honorem. Van Berg rzucił jakąś zniewagę.
Książę powstał spokojnie, dobył sztyletu zza pasa i położywszy go na stole, rzekł:
- Zwyczajny pojedynek nie może załatwić tej sprawy. Jeden z nas musi umrzeć, a im prędzej to nastąpi, tym lepiej. Rzucajmy kości po kolei; kto więcej wyrzuci, weźmie sztylet i utopi go w sercu przeciwnika.